|
Biedne
Leżała radość Szli ludzie i przeszli Leżała radość Za wcześnie Za wcześnie pannie która była ładna Za późno chłopcu który był po wszystkim A obok czasu Tych zafrasowanych Którzy są po to By zacieniać ściany Leżała radość Szli ludzie i przeszli Ujrzała radość Zniszczone podeszwy Bogiem, a prawdą. Kocham Cię Ziemio w roztopach rozklejona. Wy, wszystkie miasta, wszystkie wsie, Wy, wszystkie noce, wszystkie dnie, I Ty, co wąskie masz ramiona. Boś ty jest ziemia, tak jak głóg - Tyle, że wzeszłaś w dziwnych liniach... Całuję ziemię Twoich warg, Całuję ziemię Twoich nóg, Która się dymem wód odymia... Ta czarna kobieta - wąska - na niebotycznych obcasach, Ta podnosząca ręce jak dwa srebrne narzędzia, To ta właśnie kobieta w zamierzchłych bardzo czasach Kochała moją głowę - ostrożnie (!)... jak łabędzia. O, była wtedy brudna... I mogła mówić: m i ł o ś ć, I nawet chodzić w deszczu też jej wypadało - A teraz ta kobieta to Jej kłopotliwość, Która nosi sobą eleganckie ciało. I tylko, gdy śnieg spadnie - och, szczypiący śnieżek - I tylko kiedy deszcze, kiedy deszcze w krąg, Ta kobieta wraca do moich atramentowych rąk I wysuwa języka waniliowy brzeżek. Mieć taki zad jak wypolerowana kula Nogi co rzadko Ominie je rzeźnik Ciężar kanapy o stu poduchach I duszę Kochać tak żarcie że trzeba trzech miednic Chucią ogarniać nawet w dębach dziuple Jak skoczyć to skoczyć z hukiem tarabanu I marzyć Nad kwiatkiem śpiewać Metafizykować Mówić o Plaucie Rozmyślać co wstyd Ludzkość stworzyła ideę Centaura W dziwnej wnikliwej o sobie zadumie Stasiowi Chacińskiemu w dowód przyjaźni Leciała chmura przez zielone łąki, Puszysta chmura przez pagórki biegła, Wczujcie się w obraz - biel i zieleń łąki. Ogromna czystość porannego nieba. Wiatrak ją w skrzydła pochwycił i chmura Na czterech skrzydłach dała cztery kroki, Potem jak łabędź pośliniwszy pióra Płynęła stawem kolorowookim. A pod kasztanem spał przeziębły Wilon, Czapka na oczach, butla z mętnym winem - Uchwycił chmurę, chmurą się owinął, Służyła chmura za ciepłą pierzynę. Potem ją Wilon obwiązał sznurami, Na grzbiet zarzucił i niósł w dalszą drogę, Aż za lasami, siedmioma górami Przed swej kochanki zatrzymał się progiem. I chmurę w kącie porzucił, do Miłej Najsłodsze słowa śpiewając jak anioł... Kwiaty w wazonach ze wstydu się kryły, Pies patrzył głucho spode łba na panią. I odszedł Wilon, i zostawił chmurę. Noc nadciągnęła, mąż wrócił do domu - Milczały ciężko komody ponure W strasznym, mieszczańskim, niewesołym domu. Więc chmura cicho podeszła do wierzej, Dziurką od klucza wydostać się chciała. I coraz dłużej, i bez przerwy szerzej Nitka się snuła cieniutka i biała. Ludzie krzyczeli, dzwony biły trwogę. Konie stawały rwąc postronki - dęba. A pod latarnią, ukryty za rogiem, Chichotał Wilon z nożem w białych zebach. Wolę brzydotę Jest bliżej krwiobiegu Słów gdy prześwietlać Je i udręczać Ona ukleja najbogatsze formy Ratuje kopciem Ściany kostnicowe W zziębłość posągów Wkłada zapach mysi Są bo na świecie ludzie tak wymyci Że gdy przechodzą Nawet pies nie warknie Choć ani święci Ani są też cisi Delikatność miłości Którą mi dala Cytryny plasterek Nabrzmiały po brzeg To tak jakbym po ostrzach złotych brzytew szedł Tak mnie przywabiał cienki głos jej ciała Lecz nagle głowa Z wysokości spadła W czerwony otwór Moich ust To tak jakbym z nagła wbił brutalny gwóźdź W środek na balu białego zwierciadła Opowiedział mi człowiek, który pije wódkę że ma nogi dosyć dobre, na starość też nie narzeka; że nawet wierzy w Boga, to znaczy coś po śmierci; że owszem, że odłożył. Na czarną godzinę. Odrzekłem człowiekowi, popijając wódkę, że chmury jeśli sine, to tak zwykle bywa pod jesień, że jest to rzecz normalna iż drzewa krzywo rosną, a ptaszki - krocząc po śniegu- przeziębiają łapy. Potem Padliśmy sobie w ramiona z wielkim płaczem Dla zakochanych to samo staranie - co dla umarłych, Desek potrzeba zaledwie też sześć, Ta sama ilość przyćmionego światła. Dla zakochanych te same zasługi - co dla umarłych, Pokój z miłością otoczcie bojaźnią, Dzieciom zabrońcie przystępu. Dla zakochanych - posępnych w radości - te same suknie. Nim drzwi zatrzasną, Nim zasypią ziemię, Najcięższy brokat odpadnie z ich ciał. Lubię z blachy twego kubka Pić herbatę gorzką, pani - Lubię głaskać twego szczura, Gdy się do mych nóg przyczołga - Albo gadam z pogrzebaczem, Albo łajam karbidówkę: Ordynarna to jest dama, Nie zdobiąca twego dworu. A wszak piękne masz niechlujstwo Z astronomią złych pająków, Z ciemną kaźnią twej piwnicy, Kędy boczki mrą na hakach. O feudalna moja pani, Chwalę sobie twe domostwo Wieczny lennik na twych włosach, Trwały wasal twego żebra... Bunt nie przemija, bunt się ustatecznia; Jest teraz w locie: dojrzałym, dokolnym, Jakim kołują doświadczone orły. Bunt się uskrzydla tak - jak udorzecznia. Bo wpierw to było jakby piaskiem w oczy, Turniejem chłopców na słonecznej plaży; A teraz ciężki; teraz więcej waży. Bunt się uskrzydla tak - jak w kamień toczy. I pomyśl: czułość, ta świetlista kula, Teraz dopiero w mym pobliżu płonie, Luzując szczęki, łagodząc me dłonie. Bunt się uskrzydla tak - jak się uczula. Tamtej kobiety nie było... Jej nigdy Nie było nawet na włos - na cień włosa; Umarła w chwili rozklejania powiek Tak jeszcze młodych Jak pączek kasztana. Tamtej kobiety nie było. Już wcześniej - Tak, to ona wcześniej przepłaciła życiem Piąstkę swą małą, Wigotny paznokieć, Skrzydełka sromu, z których miała wzlecieć. Tamtej kobiety nie było. Nie było Nocy łagodnej, objęcia się ramion, Tych czterech ramion, co chciały ją począć, A tylko wiatrak, co nimi poczyna... Tak napisano A wszędzie tylko blachy i mury - I sztywne dymy jak wzdęte fryzury Nad przerażeniem dachów. Pisał o ludziach przemienionych w szczury, O krzywych chmurach jak cienie odwachu, Deklinował kaźnie, Koniugował tortury - Gramatyk strachu. Gdzie się narodził? A narodził się czule - I jak innych - go smoczkiem wytrwale karmiono, Ale ujrzał nad globem czarownicę zieloną I jej piersi szczerbate półkule. I szewiectwo, co wbija ćwieczki w środek mózgu. I mularstwo, co gipsuje usta i powieki - I nierzadko zachodził pod rzeźnickie ścieki, By długo słuchać plusku. "Umarł ze strachu" Tak napisano - Pisano gwizdem za węgłami nocy... Miarą epoki są tacy prorocy Nad przerażeniem dachów. Czy potrafię cię, piękna - ja, co tak nie umiem Kochać własnej miłości, jak tylko zajadle? Bo czy można ułożyć miłość na rozumie, A jedynie twe włosy kłaść na prześcieradle? Powiedz dzisiaj: jest piękna. Pokiwają głową, Sposępniałe policzki uśmiechem obloką, A to będzie, jak gdybyś dał właściwe słowo Niegdysiejszym, ach, śniegom - nad wodą obłokom. A więc wracaj, Ulotna, gdzie przy czarnym Tumie Ziewa grób opuszczony i rdzewieją szpadle. Bo czy można ułożyć miłość na rozumie, A jedynie twe włosy kłaść na prześcieradle? Kiedyś usadzę cię nagą wśród przepychu Będą tam suknie ciężkie jak woda Będą pończochy o zapachu jabłek Będą na głowę nakrycia szerokie I będzie metal Chcę mieć cię nagą w krajobrazie ciemnym Gęstym od brązów świeczników waz Z których niech dymi waniliowy poncz W rozdęte chrapy nieruchomych dogów Czuł tę potrzebę Rembrandt kiedy Saskię Malował coraz w śmierć swą odchodzącą Jakby chciał wstrzymać ją wagą winogron Przygnieść świeczników drogocennym światłem W niewielkim pokoju na Krupniczej ujrzałem dziewczynę wśród książek. Nie była ładna- była na to zbyt Piękna;nie była tkliwa- była na to zbyt Czuła. Nosiła się z angielska- i ten zimny strój Oblekał również Jej dłonie w rękawiczkach chłodu. Studiowała filozofię- i ten ciemny dom Osaczał jej gesty nawet w ptasich gąszczach. Długich chwil milczenia żądała od przyjaciół, Aby zamiast śmiechu- który tak przerażał- Jej mowa jedyna:smak piołunu i malin, Stała się jawna. A potem długo przez planty , przez śnieg Szliśmy za wysokim woalem Jej ciepła- Bezwolni jak chłopcy, których nigdy przedtem Nie owiał zapach matki. Doprawdy , Szlachetni, nie to jest rozpaczą, Iż zapominamy naszych pięknych zmarłych. Śmiertelny smutek, Rozłąka jest w tym, Iż Oni o nas wcześniej zapomnieli. I pomyśleć: Ilu tu słów by znowu trzeba, By zapach szumiał w porcelanowych nozdrzach, By język-niegdyś wilgotny-przestał być rzeźbą w soli, Oczy-dwojgiem różowych świateł, Co zdobią, Nie-widzą!... Co nas bowiem przeklina? (Przeklina znaczy: oddala, Bezradnych jak na lodowisku tańczące koszule...) Ta prawda, co jest ciemna, lecz ziarnista jak stal, Czy skrzydła Z ptasich pęcherzy, rozpiętych na promykach? Oto Ikar wzlatuje. Kobieta nad balią zanurza ręce. Oto Ilar upada. Kobieta nad balią napręża kark. Oto Ikar wzlatuje. Kobieta czuje kręgosłup jak łunę. Oto Ikar upada. W kobiecie jest ból i spoczynek. Jej śpiew jest ochrypły, twarz kobiety jak pole Usiane chrustem gonitwy, ptasich tropów-zakosów, Tu zbliż się z pędzelkiem do jaskółczenia brwi, Tu-proszę, spróbuj-ptaszka uwieść na promieniu... Piękno? Podobno w napowietrznych pokojach, Ależ jaka chmura udźwignie balię, Ależ-w imię piękna-wykląć rzeczy ciężkie, Stół do odpoczynku łokci-krzesło do straży przy chorym! Brueghel malował wołu-ten był w pierwszym planie, Wykląć Brueghla, bo w drugim dopiero Ikar jak mucha Wzbijał się? Spadał? Omiatał nieboskłon Cukrzaną chmurką na lepkim patyku! Nie cały minę Choć zostanie owo Kochanie ziemi w bajorku i w oście I przeświadczenie że śledź bywa w poście Zarówno piękny jak pod jesień owoc Bo kochać umiem kobietę i z rana Gdy leży cicha z odklejoną rzęsą A jak jest moja to jest całowana W puder i w słońce W zachwyt i w mięso Tak mnie ugadzam bo nie tylko z niebem Ale z odbiciem nieba w całej nafcie A teraz weźcie teraz wy potrafcie Tyle zachwytu połączyć z pogrzebem Słabi powiedzą tyle że to smutno Mężni że słabych zatrzymuję w drodze A ja zbierałem tylko te owoce Co - że są krwawe - zbiera się przez płótno Najpiękniej jesz białe czerwonym językiem Ty lekko niebieska Z piwnicznego chłodu Kleksy zaś kleksom Nierówne Tworzą Małe lodowce W kawiarnianym szkle Czerwone jesz czujnie Brunatne z powagą I tylko dla czarnych nie zgadłaś sposobu Przynosi je długa Kelnerka zielona O niebezpiecznie zjeżonych wąsikach Nad sklepieniem mej celi idą ludzie, weseli, do domów, rodzin, matek. Niosą serca wzruszone, oczy szczęściem zamglone, będę łamać opłatek. A ja tutaj sam jeden opłakuję swą biedę głodu i samotności. Uchwycę kawał ściany, przełamię płat ceglany, mój opłatek wolności. Znów słońcu się oddała. Maja cudzołóstwa Znany uśmiech rozkoszy kołysze na ustach. Samiec chodzi oślepły, próbuje, czy uda Kolanem chudym postów wcisnąć się w jej uda? Ale jakby taranem wyważał wierzeje, Skoro stoją otwarte. Więc nie on bierze je. Dzika zazdrość wydmowa. Z piaskiem toczyć bitwy, Kułakami okładać wrzaskliwe rybitwy? Szeptać coś, konstruować, posuwać umizgi, Poważniej stać bez łyżki - głodnemu - u miski? Tak z sewerskiej filiżanki uszczknąć łyczek słoń chce, Jak on rozwalić rywala, którym Febus - słońce. Toż go on zna z pierworództwa. Nim w grzech się oblekła Znała gorąc żarliwszy od męskiego ciepła, On tylko promień jeden. Tu promieni mrowie Wysokich warg dotyka, w dolnym zgęszcza mrowie. Kto z wrażliwych, co piersią otarł się o pożar, Łopatkuje w kominku wciąż gasnącym po żar? Czeluście tych nocy - podłużne jak wnętrza trąb - A tu się pali światełko, A tam się maże światełko, W czeluściach tych nocy głowa twoja blada jak lampion Do moich ciemnozłotych rąk Kładzie się Miałko. I drżymy. Dygot - Wiatru łopot, Łoskot kanonad, Chlupot łopat - Wszystko w czeluściach tej ogromnej trąby, Którą rozdyma krzyczący listopad. Więc tamci milczący, wiszący na moście, I ci, co roznoszą pociski tak płasko, I ci, zamknięci kluczami jak miasto, I tamci, rozwarci bagnetem na oścież Mają nas - W szczycie widowni Dwie świece, Dwie kukły wbite na jeden patyk, Parę kochanków, co korzysta śpiesznie Z przyćmionych świateł. Kochając drzewa, kocham je głównie w słojach, Kochając ptaki, kocham je ściśle w kostkach - Nie to, Co w kształcie, Lecz to, Co w szumiącej, W gęstej jak syrop mikroliryce materii. Gdy o księżycu - to mówić łyżką od soli, Gdy o słowikach - to znać kaniony ich gardeł, Gdy o miłości - to kłaść w milczeniu na stolik Włosy twoje osobne I twarde. Dziś myślę o niewielkich ptakach Idących wolno na łapkach zbolałych Miłość - Dziś dotknę twoich ust zbiedniałych Gdzie była miłość - A pomyślę: jaka Miłość - Dziś powiem Dam jej kształt Odkłamię Niewielkim ptakom na skrzydeł dźwiganie Po cichym drzewie jak po dużym smyku Skrobie się żagiel grubej ćmy - Już noc. Już szumią w twoim pokoiku Białe i srebrne sny. Siedząc nad tobą, z twarzą za oknami, Odprawiam pacierz za dawno umarłych, A oni piją wiatr z mojej wargi I poruszają skrzydłami... Miłość dorosła zawsze jak kupiona; Tak ją obracasz na zziębniętych palcach, Jak chłop obraca przed dobiciem targu Banknot nasiąkły zapachem siennika, Tak ty obracasz: główkę z porcelany, Piersi stojące na baczność z grzeczności. Miłość dorosła między tobą: całym, A szczegółami damskiej garderoby; Romeo klipsa, Kawaler Podwiązki" Teraz dopiero potrafiłbyś kochać Kroplę na wardze, cień bzu na policzku, Zapach bijący z porannej pościeli. Spójrz, jaki żebrak: w smokingu zaledwie Z ramion fryzjera czułych wypuszczony, Jakby niesyty tej słodkiej miłości Rękę wyciąga Matko Boska od Aniołów Matko Boska od pająków Śnieżnych żagli smagła Pani Sygnaturko z kolczykami Matko Boska z żółtą twarzą Matko Boska z orlim piórem Matko Boska kolonialna Łzo astralna i kopalna Wędrująca na pirodze Fruwająca na korwecie Na holendrze latającym W dumnej pozie na lawecie Długoręka długoszyja Złotopalca krągłogłowa Pysznooka wąskostopa Żyzna w ludzi jak Europa O kopalnio naszych natchnień O fabryko naszych pogód O kościele naszych cierpień Na księżyca wąskim sierpie Matko Boska mądra taka Żeś jak ogród z plonem łask Rzuć najmniejszy choćby blask W ciemne wiersze Grochowiaka Moja stopa pokrwawiona Na Twe płótna śnieżnobiałe... Tyle słów zostanie po nas, Ile w wierszach wystękałem. Moje usta poranione Na twe plecy krągłokostne... Tak jak wiatr - gdy wstrząśnie klonem - Spadną świece wielkopostne. Więc choć listkiem przefruniemy, Więc choć drzewem wyrośniemy, Nie wypowiem tego - niemy... Niemy, Żono, i my - nie my. Odeszli od siebie z powodu nieustaleń Zgubili adresy i zapomnieli twarzy Wracali do wspomnień co najwyżej z uśmiechem Po którejś tam wódce kiedy robi się gorzko Nie - ani ich pociąg ani też katastrofa Ani deszcz też nie złączył To było bezpowrotne To że bardzo kiedyś z powodu nieustaleń Odeszli od siebie na dwa bieguny mostu Więc oto ziemia moja Ojczyzna Wszystko we mnie co wieczne - z tych oto ogórków Z tych bladych kwiatów szarpanych żarłocznie Przez chude jak szkielety wróble Wszystko co we mnie otwiera ten pejzaż Koniem sterczącym w niebo kopytami Różą znienacka ogromną jak krowa Wiatrakiem zeschłym I wreszcie człowiek - z flaszki pionowej Ostatnią kroplę chciwie wypija Płacze Maryja Jezus Maryja Jezus Maryja Jezus Maryja Leżąc na podbiałach oglądałem walkę aeroplanu z Aniołem Gabrielem O blaszany ptaku O mieczu z płomienia Spadło jedno gęsie pióro bym je zastrugał na końcu Chyba jestem bardzo zmęczony pracą nad tysiącami liter Skoro między znakiem a znakiem wznoszę przepastne mosty Nie mam nic lepszego do usprawiedliwienia Tak To jest coś Biedna konstrukcja człowieczego lęku Żyrafa kopcąca się pomaleńku Tak To jest coś Coś z tamtej ściany z aspiryny i potu Ta mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotu Tak To jest coś Czemu próchniejecie od brody do skroni Jaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoni Tak To jest coś Coś co nas czeka Użyteczne i groźne Jak noga Jak serce Jak brzuch i pogrzebacz Ciemna mogiła człowieczego nieba Tak To jest coś O wiersz ja ten piszę Sobie a osłom Dwom zreumatyzowanym Jednemu z bólem zęba Oni go pojmą Tak To jest coś Bo życie Znaczy: Kupować mięso Ćwiartować mięso Zabijać mięso Uwielbiać mięso Zapładniać mięso Przeklinać mięso Nauczać mięso i grzebać mięso I robić z mięsa I myśleć z mięsem I w imię mięsa Na przekór mięsu Dla jutra mięsa Dla zguby mięsa Szczególnie szczególnie w obronie mięsa A ONO SIĘ PALI Nie trwa Nie stygnie Nie przetrwa i w soli Opada I gnije Odpada I boli Tak To jest coś Nie wolno mi pogardzać człowiekiem bez duszy Perłopław leży na piasku bez owocu morza Ominął cierpienie - ma więc poznać okrucieństwo mej stopy? - Opowiedz ptaka... Dobrze. Opowiadam: Ta strzała była na końcu złocona, złotnik ją strugał do perfidnych zadań... niosąc ją z nieba, cieniutko się kona. -Opowiedz rybę... Dobrze. Opowiadam: Ten motek czuły a jakże treściwy, ktoś piękny może do twarzy przykładał, bo twarz ma gładkość podobną do ryby. -Opowiedz konia... Dobrze. Opowiadam: Najczulej pętać jedwabiem. A potem pieszczota noża na błyszczących zadach... Koń nawet martwy odwdzięczy pieszczotę. -Opowiedz rzeźnię... Dobrze. Opowiadam: Są jednorożce o ciężkich powiekach wedrują białe po wiśniowych sadach, ich grzywy płaczą na leniwych rzekach... Po dwóch godzinach najtęższej pieszczoty Leżymy, oczy zatapiając w ciemność. Sen łamie ręce i zawala mosty - Miękkim sztyletem ktoi nas na dwoje. Więc ty odchodzisz w swój sen. Ja do siebie - Ty małą matkę przytulasz do piersi - A ja wciąż idę o wodzie i chlebie W trudne krainy niemilknących wierszy. Ledwo że oko skryjesz pod powieką, Już jesteś obca - rzucona daleko... Błądziłem lasem twoich włosów zioła I płacz odkryłem. I schodziłem niżej Na białe śniegi zimowego czoła, Gdzie płacz już umilkł, a był cień lichtarzy. Potem zwiedzałem pamiątki twej twarzy, Coraz to bliżej i coraz to bliżej Ust twoich dobrych uśpionego sioła: W nim co się zdarzy raz tylko się zdarzy. I wszedłem w sioło. A była pogoda Pod całym niebem twego podniebienia. Gdzieś w cichym kątku umierała młoda Wstydliwość sielska w zapachu tymianku. Nagle wróciłem i stałem na ganku. Patrząc jak wokół krajobraz się zmienia, Jak wschodzi pierwsza gałąź bzu w ogrodach, I gną się rzęsy pod rosą poranku. Piękno tej kobiety zupełne jak kula Każda noga jej skrzydło Każda linia noga Piękno tej kobiety jest odbijaniem Boga W coraz dalszych więc mniejszych szczegółach Gdy w ustach otwiera przepastne Afryki Uda jej błyszczą jak brzegi Grenlandii Jest życiem ujętym w obcęgi brwi Krwią spływającą po błękitnych sieciach A przecież widziałem jak szła kiedyś przez strych Leżały tam maski żałoba i strach Za każdym jej włosem uczepiony mnich O napastliwie odsłoniętych kłach Chodzimy razem Po tym wielkim wnętrzu Ona w smołowej Ja w błękitnej sukni Ona z zaledwie Zieloną łysiną I tu Powiada Będzie gwóźdź najpierwszy Tutaj powiesisz Cytrę obu rąk A czy ten szczygieł Może w nich? Ja pytam Ona jest głucha w obu czarnych gwiazdach I tu Powiada Będzie gwóźdź następny Tutaj powiesisz Srebrny woal płuc A czy ta róża Może w nich Ja pytam Ona jest ślepa w obu ostrych uszach I tu Powiada Będzie gwóźdź na głową Wieszaj ją lekko Dziobem w strop podłogi A ja Nie pytam Ja stoją tak biały Z kręgiem jak Chrzciciel Nad drucianą szyją Rozmowa o poezji Od - do Lieberta... D z i e w c z y n a: Czy pan ją widzi? Czy ona się śni? Czy też nadbiega - nagła jak z pagórka? P o e t a: Ona wynika z brodawek ogórka... D z i e w c z y n a: Pan kpi. Pan ją jedwabnie - pan ją jak motyla Po takich złotych i okrągłych lasach... To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila... P o e t a: Owszem. Jak ostro Całowany tasak. D z i e w c z y n a: Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia, A spodem czułość podpełza ku sercu... P o e t a: Dlaczego z pani jest taka piwonia, Co czce zawzięcie być butelką perfum?... Nieważne że macie ochotę mnie zabić Ale zabijajcie możliwie bez bólu Nie chodzi bowiem o treść A o metodę Nieważne że macie ochotę mnie zabić Nieważne że będę płakał z bólu Ale zabijajcie mnie z dala od oczu żony Chodzi o metodę Chodzi o metodę O odrobinę cywilizacji O trochę wysiłku mózgów tak ciężkich jak wasze O tę kruchą kruszynę Wyrozumienia Jest gdzieś północ której nie zobaczę północ świata i północ doby czas i przestrzeń spięte jedną gwiazdą pod którą tylko śmierć się urodziła zapach północy, leży w uszach zmarłych w nozdrzach psów pokostniałych na bezkresnym śniegu w porcelanowych medalionach dzieci co wreszcie są cicho a smak północy był na tamtej ręce której dotknąłem jak żelaza w mróz odtąd unosząc tylko pół języka bełkocząc odtąd Ta się pojawia. Wychodzi z ręcznika Nastroszonego Brązowa z błękitu Ale jak lemur skupiona w sobie Ma coś z bokserskiej lśniącej rękawicy Gniewem ją można Można ją karioką Ona się pręży Lubi pełne światła Ziemia jest mocna pod jej podeszwami Ziemia ma twarde ściągłe mięśnie brzucha I ona pójdzie bruneta bez sukni Tylko w zielonym szaliku na szyi Parasol - czarny Nóż - przedpotopowy Buty - sandały z żyłką między palce Powołał go Pan Na słup. Na słupie miał dom I grób. A ludzie chłopaka na szafot przywiedli, Unieśli mu głowę w muskularnej pętli. Powołał go pan na stryk. Powołał go Pan, By trwał. By śpiewał mu pieśń I piał. A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili I włosy jej ścięli, i ręce spalili. Powołał ją Pan Na gnój. Powołał go Pan Na słup. Na słupie miał dom I grób. A ludzie mych wierszy słuchając powstają I wilki wychodzą żerującą zgrają... Powołał mnie Pan Na bunt. Tak żyć to trudno To jest nie do zniesienia to życie To jest nie do zniesienia w doliny To jest nie do zniesienia nad morze Tak żyć to trudno Tak żyć to trudno To jest nie do zniesienia to życie To życie okropne i wstydliwe jak garb Nie do zniesienia z poddasza suszonych ryb Tak żyć to trudno Tak żyć to trudno To trudno tak kochac w kółko nad pustym szlafrokiem Nad brudna koszulą popsutym grzebieniem Nie do zniesienia w doliny Nie do zniesienia nad morze Nie do zniesienia na rękach Taka mi teraz jesteś coraz gorzka krzepka Jakbym szukał u ciebie pod głowwę pagórka Nie jesteś mi już trznadel że dmuchnąć ci w piórka A ty mi się ostaniesz złotą garstką ciepła Taka mi teraz jesteś jakbym znalazł drzewo Na które wchodzę piersią przed ostatnią metą I na próżno się bronisz płochliwa kobieto Taką mi teraz jestem wśród wieku męskiego Tęsknię za tobą jesiennie - Za tobą odległą O zimne deszcze - Szukam cię w nocy ciemnej, W taki mrok, W taki chłód I bywa taka także - taka także historia Ona w chwilach zwątpienia, W porę grzmotu wyobraźni... Ja sam Sam w tej norze, gdzie wszystko przepoczwarzone Serca w małe motocykle, Uszy w małe aerodromy, Domy w maszyny pełne śpiewającego mięsa. I wówczas ta tęsknota - Ta złota trąbka serca: Żeby ktoś wszedł, kwiaty rzucił, Żeby ktoś wpadł, wodę podał, Żeby ktoś wniósł pachnące potem ciało Z małym deszczem na włoskach pod pachami. Żeby ktoś tak suknią mocno zawiał Na udręczony poezją Aksamitny pysk. To chyba wszystko, dumna panienko, wszystkom uczynił, czegoś pragnęła: trochę płakałem, niewiele, maleńko... A płacz właściwie był rzewną piosenką, bo choć sądziłaś, żeś mną owładnęła, kochałem trochę, niewiele, maleńko... Ot, tyle tylko aby mieć pod ręką szczyptę tęsknoty do tęsknego dzieła, tkliwości trochę, niewiele, maleńko... A dzisiaj wszystko dla innego wzięłaś, wszystkiego trochę, niewiele, maleńko... To, co utrwalam, przelotne jest, To chwila jest - strzęp nieistotny. Wykopią słowa cienkie jak ości, Oni - o wargach soczystych jak miąższ. I tylko obraz im może zostanie, Przeczucie wiatru i nocy, i mgły. W ciemnym pokoju głupia dziewczyna, Loki jak brezent czarnozielone. Może zobaczą ściśniętą dłoń, Lichtarz przyssany do białej firany. Wysoki płomień, żółtość i kurz. Motyl popiołu wzlatujący w niebo. Tak z moim wierszem. Tyle w nim trwania, Tyle w nim światła - zielone, zielone... - Ktoś chciał podpalić fundamenty światów, A teraz płacze, wyłamując dłonie. Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla; Jest taki wiatr. Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza; Jest taki mróz. Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża, Ani też "czuła pod miesiącem chwila" - Lecz ciemny wiatr, Lecz biały mróz. Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia; Jest taki deszcz. Jest blask, co uda kobiety odsłania; Jest taki blask. Nie szukasz we mnie silnego ramienia, Ani ci w myśli "klejnot zaufania", Lecz słony deszcz, Lecz złoty blask. Jest skwar, co ciała kochanków spopiela; Jest taki skwar. Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza; Jest taka śmierć. Oto na rośnych polanach Wesela Z kości słoniowej unosi się wieża Czysta jak skwar, Gładka jak śmierć. Tiko-tako, tiko-tak, W dyliżansie przez Montmartre Jedzie dama karo z kart, Na jej rączce siedzi ptak. Puku-stuku, kili-klak, Kółka kręcą się na bruku, Ptaszek śpiewa: kuku-kuku, Dziobie damę w złoty kark. Dama wiezie porcelanę, Porcelana cienko dzwoni, Świszczą loki w grzywach koni, A koniki całe szklane. Tiko-tako, tiko-tak, Już dyliżans wjeżdża w ganek, Dama z rączką zza firanek Daje znak Verlaine chciałby do niej wybiec, Podać rękę jej pod stopę, Lecz spostrzega świecy kopeć I rozbite pudło skrzypiec. Szklankę z rysą, nad kieliszkiem Swej kochanki tłusty biust - A kochanka pcha do ust Rozwaloną czarną kiszkę. Wziąłem twój ślubny welon, W pomiętą zwinąłem gazetę - I było to takie brutalne Jak ból. A potem pantofle najczulsze, Łódeczki najmilsze, najdroższe, I w puszce od maggi schowałem kolczyki, Dwie krople rosy. Nocą podzwaniam tą puszką, Płaczę nad paczką z welonem, Kopię w rozpaczy w krzesło Puste, Zimne, Niedobre. Mam jeszcze mydło po tobie, Którym mydliłaś piersi - Włosy mydliłaś gorące, I nos mydliłaś - i nos. Całuję ten śliski kamyczek, Pożeram ten śliski kamyczek - Na jutro mi już nie starczy, Mój Boże, i zacznie się głód. W głąb kalendarza prowadzą niech wiodą imiona Adam w przedsionku, Zofia w ptasim gnieździe Barbara z Diabłem w grudniowym zajeździe, Nad ziąbem trunków lokiem zamyślona. Luty obróci kożuch rzek na wznak, Czerwiec na szpadle sprowadzi dżdżownice, Październik sypie jabłka w kosze skrzypiec I jeden krok W głąb kalędzża niech prowadzą leśne runa siwe od naftalin, Stwardniałe gruzy niezerwanych malin Pazurki ptaków uświerkniętych we śnie, Wargi kobiecej żelazisty smak
Chcę Cię prowadzić w ogrody miłości . Kiedy już jesień przeszła przez warzywnik W sadzie zasiała pełne kosze liści . W niebie zaś chmurę Zimną I pobladłą . I więcej żądam Abyś Umiał Zachwyt dla ciała Dla ciał kobiecych pomarszczonych szronem Dla twarzy zimnych-na których uroda Jest plamą trudną Słońca Czy butwienia ? Lecz jeśli miłość cos warta -to wskrzesza A jeśli rozkosz -to ta co odmładza Uwierz mi Książę Nie najdziesz przygody Większej niż miłość do kobiet dojrzałych 1 Muszę cię mieć. To tak jakbym musiał mieć rym, Jak basior na szybie lodowej - przepiórki kulawej czuć trop, I gdy cię doczmychnę - bądź studzwonna w tym, Jak ja - siekierny, W pustce Pazerny chłop. 2 Muszę cię wziąć. Jak pióro biorę w garść, Blękitne aż po ażur, dopóki moja dłoń Ten świstek zwiewnych lotów nie przemieni w barć, A ty - jak pszczoła plastra, Niewiestna i żądlasta Nie bzykniesz: Boże broń! 3 Muszę na śmierć. Na leśne prześcieradła Rozłożyć złoty lok, Jak lnu kwaśne paździerze. Matka w zapiecku za piecem pobladła I nowy rok Na barani skok. 4 Niech cię wstrzymują aniołowie stróże, Wyjdź na podwórze W niedopiętej skórze. Bo teraz popatrz: znowu mamy śniegi Szklane trumienki twych powiek pokryte Zawiane usta - Pajęczyny lodu Śpią w twoich nozdrzach jak w maleńkich grotach Bo teraz poczuj: znowu wieją mrozy Żyły twe stygną jak kwiaty na szybie Na ciepłym języku usiadł anioł chłodu Szronem się pokrył strop podniebienia Bo teraz posłysz: drwale dzwonią w drzewa Sanie po śniegu jak po srebrnym chruście Ptak skostniał Zapadł I uderzył w biegun A dźwięk tak cienki jakby ktoś zakrzyknął Masz być półsenna Teraz masz być siwa Przy młodej twarzy to będzie jak gołąb Masz być napięta Tylko z twarzą gołą Którą blask wznieca to znów cień obmywa Masz być o świcie Teraz masz być bosa Przez szron biegnąca jak przez niski ogień Masz być zabłąkana Wciąż myląca drogę Jak dym przyziemny lub sarna w zakosach Masz być zgoniona Teraz masz być stara Drepcząca w kółko z różańcem przy ustach Chuda - zjadliwa Niezdarna - już tłusta W peruce W chórze W gniewie W okularach Idę do ciebie przez zbutwiałe sny W ciżmach z ołowiu - w koronie ze rdzy Nie ma Laury; pofrunęła W mrowisko czerwone jak ogień, Wśród milionów pancernych głów Został tylko strzępek muślinu. Gdzież Beatrix? Uniosło ją Pociemniałe przed burzą morze. Tylko na dnie, wśród szczątków ryb Kołysze się loka złotego wodorost. A wesoła Jenny, którą Burns Jak piszczałkę przykładał do ust? Czy ją deszcz rozniósł po makach, Czy też miotła Po izbie? Ot, i ona: Maryla Puttkamer; Ta się w grób jak w głaz obróciła. Ale przecie szkoda i jej Pocałunków niebożątek. Idź w poezję, jak w ciemną sień; Gdzie niekiedy śmiech dziewczęcy tryska Lub z milczenia dobiega stuk Połamanych Obcasików. Idź w poezję; idźże tam, Moich uczuć Sioło Jasne, Ja kolejną z ciężkich bram Zatrzasnę. Powiedz mi, Jerzy, przeżywałeś Moment, gdy patrzysz i truchlejesz: Oto się Bóg twój w mgłę rozlewa, I nic - i tylko mgła się chwieje?... A ty jak piorun walisz czoło, A wszystko tracisz. Nawet łzy. Na oknie krzywo siedzi gołąb, Trzymając w dziobie pasmo mgły. |
powrót / wiersze wybrane Ballada Rycerska (1956): Modlitwa Zwątpienie Święty Szymon Słupnik Wdowiec Verlaine Chmura Menuet z pogrzebaczem (1958): Rozmowa o poezjiPłonąca żyrafa Pejzaż Franz Fafka Całowanie Do Pani Portret z mnichami Mikroliryka Tęsknota za świeżością Rozbieranie do snu (1959): IntrodukcjaRozbieranie do snu Rozstanie Centaur Czyści Delikatność miłości Gdy już nic nie zostanie Taka mi teraz jesteś... Jedzenie lodów Agresty (1963): IkarPo ciemku Dla zakochanych to samo staranie Kanon (1965): ZamiećZaproszenie do miłości Zaproszenie do miłości (II) W stylu Villona Totentanz in Polen (1969) poematNie było lata (1969): Do S.Upojenie Dialog Model Fraszka Polowanie na cietrzewie (1972): HalszkaBilard (1975): W głąb kalendarzaLipiec Listopad Haiku-Images (1975): Pogarda /cz. III/Pióro /cz. V/ Pisarstwo /cz. V/ Allende (1974) poematWiersze nieznane i rozproszone (1996): Tęsknię za tobą jesiennie...Tak żyć to trudno... Zaklinanie Inne: /niestety mam problem z pochodzeniem/Biedne Bogiem, a prawdą. Kocham Cię... Do... Kroki Miłość Misterium Niemy Odeszli od siebie (...) Po dwóch godzinach najtęższej pieszczoty... Pocałunek - krajobraz Rozprawa o metodzie Studium aktu (III) To chyba wszystko... To co utrwalam... |